piątek, 7 stycznia 2011

"chłopak z gitarą..."

W naszym kraju na ulicach gra się dla kilku złotych, na "bułki z bananem" jak kiedyś przeczytałam na kartonie... ale na pewno nie dla rozgłosu, promocji czy łapania szans. No... może poza grupą koncertujących po Polsce Indian... Kiedyś mnie irytowali, teraz są wspomnieniem dzieciństwa i nieistniejącego już w moim rodzinnym mieście "manhatanu", na którym wydawałam swoje pierwsze tysiące...starych złotych.

Za granicą uliczne granie wygląda, i odbierane jest troszeczkę inaczej. Z premedytacją nie wspominam tutaj o berlińskim metrze, żałuje że nie zrobiłam zdjęcia tym skomplikowanym, przenośnym zestawom grającym... :)

W Amsterdamie, natknęliśmy się na młodego chłopaka. Na placu zebrała się spora gromada, śpiewająca, klaszcząca w rytm. Śpieszyliśmy się aby zobaczyć miasto, więc przemknęliśmy szybko obok. Śpiewał świetnie, ale czas! czas! Kiedy po godzinie wracaliśmy tą samą drogą - śpiewał już trzeci bis, potem zaprosił z uśmiechem do kupna swojej płyty, a przez kolejne minuty rozdawał autografy. Jeśli wiecie kim jest ten chłopak - dajcie znać!



Drugiego "młodego-utalentowanego" spotkaliśmy w Paryżu. Wyglądał i brzmiał jak z listy billboardu:


Śpieszę się z podsumowaniem urlopu 2010, bo za 2 tygodnie wylatujemy na kolejny :)

Brak komentarzy: