poniedziałek, 12 marca 2012

DRWAL

Moje pierwsze bezpośrednie w prozie spotkanie z Witkowskim Michałem. Przyznaje, że unikam książek szeroko odbieranych jako głośne, unikanie książek jakoś w ogóle wychodzi mi całkiem nieźle. Gdyby pewnego dnia, wszystkie zaczęte, a niedoczytane przeze mnie książki, mogły zastawić mi drzwi wyjściowe, pewnie nie wyszłabym z domu przez kilka dni..
Wróćmy do "Drwala". Znajomy z zagrody obok (tak żartobliwie nazywamy przestrzeń danego działu na korpo-open-space) zwrócił uwagę, że właśnie w tej książce nazwa stacji radiowej, w której dane mi jest pracować już kilka lat (czy dwa, to już kilka? nie wiem.. powiedzmy, że tak, "kilka" brzmi lepiej niż dwa) pada wiele razy (bo "wiele" to więcej niż "kilka", a skoro "kilka" to jakby dwa, a nazwa stacji pada dużo więcej razy niż dwa, to muszę przecież napisać "wiele", prawda?!). Książkę więc kupiłam z ciekawości, w sumie to nawet w poszukiwaniu sensacji, nie żeby autora od razu pozwać, co ostatnio jest wyjątkowo modne, czy prosić o pisanie nazwy własnej wielką literą od R, przez Z, aż do P, nie nie nie. Interesował mnie kontekst, to miało być czyste badanie kontekstu. Miało! Bo wpadłam po uszy!

Świetnie napisane, zabawne, a narrator w pierwszej osobie dogaduje sam sobie, jakby czytał moje myśli - miodzio!

"Bo jednak choćby było nie wiem jak pusto, luje zawsze w tym kraju są, to sól tej ziemi, jej jedyne poza węglem bogactwo naturalne." - cytat ulubiony.

Brak komentarzy: