Przyznaje, że cztery razy częściej niż na "imprezie", można mnie spotkać w teatrze. Nie wrzucam recenzji, bo równie często zdarza się po prostu, że... nie ma o czym pisać. Ale kiedy już podczas oklasków cieszysz się z podekscytowania, podczas powrotu do domu o niczym już nie możesz rozmawiać tylko o sztuce i jej kolejnych scenach, a przed snem przypominasz sobie "monolog z mózgiem" wiedz... że coś jest na rzeczy!
"Efekt" to bardzo współczesna i brawurowo odegrana, w każdej ze stron, sztuka o problemach współczesności. Mówi się, a ostatnio sporo czytam na ten temat (o czym pewnie napiszę niedługo), że wiek XX był wiekiem poczucia zagrożenia i paniki, za to wiek XXI spokojnie możemy nazwać wiekiem depresji i uzależnień.
Czym jest normalność? Czy leczyć depresję czy jest może indywidualną cechą kreującą naszą osobowość? Czy da się sztucznie wykreować miłość i co ze strachem, który towarzyszy nam każdego dnia?!
Ojj warto!
poniedziałek, 15 czerwca 2015
niedziela, 14 czerwca 2015
wtorek, 9 czerwca 2015
czwartek, 14 maja 2015
gwiazdy instagrama cz. 3
Jeśli nie każdy ma, to każdy może mieć instagram. Ale poza zdjęciami znajomych, zdjęciami ich jedzenia, stóp na plaży czy nowej stylówki w windzie (żeby nie było że się wyzłośliwiam, sama to robię dosyć regularnie), uwielbiam obserwować insta nietuzinkowe! Oto trzy z nich, które uwielbiam:
wtorek, 5 maja 2015
but na wtorek
Podróże małe i duże, czyli nieśmiały powrót starego blogaskowego cyklu:
trampki na grubej gumie/prezent od Sz.; Koleje Mazowieckie
środa, 29 kwietnia 2015
my new handpoke tattoo
Mam słabość do tatuaży. Dwa tygodnie temu zdecydowałam się na delikatny, roślinny wzór wykonany (metodą handpoke) przez Natalię Hołub.
(wpis o pierwszym pojawił się tutaj jakieś 5 lat temu, w tym tempie, moje ciało pokryje się tatuażami jakoś w 2086 roku... Rodzice mogą odetchnąć z ulgą).
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
niedziela, 26 kwietnia 2015
banan na... parapecie
Na stronie Projekt Wola często wspominam o swoim zamiłowaniu do kwiatów w domu i o tym, że moje umiejętności ogrodnicze pozostawiają wiele do życzenia... ale! Staram się dbać o swoje rośliny i kiedy odwdzięczają się nowymi liśćmi, apetyt rośnie!
Kupiłam dziś bananowca w Lidlu!
Trzymajcie kciuki! Może za 4 lata będzie koktajl z własnych bananów hyhy!
Kupiłam dziś bananowca w Lidlu!
Trzymajcie kciuki! Może za 4 lata będzie koktajl z własnych bananów hyhy!
niedziela, 19 kwietnia 2015
morze zawsze po-może
Jakoś tak się ostatnio składa, że jak czas trudniejszy w życiu, to uciekam nad morze. Na chwilę, na dzień lub dwa... nie ważne czym, byle pospacerować po molo. Zjeść zupę w Barze Przystań, śniadanie w Zatoce Sztuki albo wypić kawę w Gdańsku.
Pomaga.
sobota, 11 kwietnia 2015
klimatyczny Kraków `15
Wstyd się przyznać, ale w Krakowie byłam raz, jakieś 9 lat temu, kiedy składałam dokumenty na studia. Pojechaliśmy tam na kilka dni, aby oderwać się od...powiedzmy... korpo-wyścigu. Udało się! Głównie dzięki galeriom, wystawom, spacerom po Kazimierzu i... jedzeniu!
Jeśli już wspomniałam o jedzeniu...
Nie mogłam nie odwiedzić polecanych przez Szafę Sztywniary - Frytek Belgijskich w Krakowie (ul. Św. Wawrzyńca 16). Co by wiele nie mówić - pyszne, chrupiące, puszyste, wielkie porcje, miła obsługa i ogromny wybór sosów. O!
Drugie miejsce, napotkaliśmy całkowicie przypadkowo. Szliśmy boczną uliczką nad Wisłę, szukając przekąsek, które moglibyśmy zjeść na trawie.
Hummus Amamamusi (ul. Augustiańska 3), to klimatyczne, maleńkie królestwo hummusu. Właścicielka otwiera lokal 2 razy dziennie na kilka godzin, na oczach gości przygotowuje porcje z wybranymi dodatkami, tj. cytryna czy czosnek niedźwiedzi; zachęca do wyjścia z pojemniczkami na spacer, i zamiast wkręcać klientów w dodatkowe koszty, odsyła po chlebek do pobliskiej piekarni "Mojego Taty".
Na pewno wrócimy!
Smacznego!
Jeśli już wspomniałam o jedzeniu...
Nie mogłam nie odwiedzić polecanych przez Szafę Sztywniary - Frytek Belgijskich w Krakowie (ul. Św. Wawrzyńca 16). Co by wiele nie mówić - pyszne, chrupiące, puszyste, wielkie porcje, miła obsługa i ogromny wybór sosów. O!
Drugie miejsce, napotkaliśmy całkowicie przypadkowo. Szliśmy boczną uliczką nad Wisłę, szukając przekąsek, które moglibyśmy zjeść na trawie.
Hummus Amamamusi (ul. Augustiańska 3), to klimatyczne, maleńkie królestwo hummusu. Właścicielka otwiera lokal 2 razy dziennie na kilka godzin, na oczach gości przygotowuje porcje z wybranymi dodatkami, tj. cytryna czy czosnek niedźwiedzi; zachęca do wyjścia z pojemniczkami na spacer, i zamiast wkręcać klientów w dodatkowe koszty, odsyła po chlebek do pobliskiej piekarni "Mojego Taty".
Na pewno wrócimy!
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)















